Dźwięki Litery zmieniające się w zdania, kilkanaście, kilkadziesiąt
zdań bez końca, sterta stron i książek. Wchodzę i widzę strony
ponumerowane, podkreślone, zagięte w które włożone są liście, zakładki. Przechodzę dwa metry dalej, siadam i widzę najgrubszą z nich, gdzieś
środek miedzy 378 a 500- ną. Tytuł "Wczoraj". Słuchałem francuską piosenkę, miałem słuchawki prawą i lewą.
Skierowane były do środka, wszystko było do środka, było miło w środku-
nie na zewnątrz, bo jak na zewnątrz? To "miło" było tylko moje, nie wychodziło na zewnątrz, nie obejmowało nikogo prócz mnie. Nie objąłem
przez to żadnej kobiety. Wyjąłem lewe ucho, by być w środku, nie na zewnątrz. Wreszcie przestałem. Patrzyłem tylko. Wszedłem do autobusu ośmiu kółek i zobaczyłem te strony z liczbami. Spotykam żywe książki, żywe dźwięki, żywych milczących ludzi.
środa, 29 października 2014
Nie określanie rzeczywistości to dobry pomysł. Rzeczywistość niech
będzie to przestrzeń bez końca, bryła otwarta. Rzeczy, które każe sobie
czynić człowiek wynikają z podświadomego ponaglenia, są potrzebą. Według nich
postępuje człowiek. Całość pytań, myśli samego życia i bycia, tego, że
jestem, że jestem - To czyni, iż ujście tego może przybierać formy,
które można usłyszeć, zobaczyć. Świat wewnętrzny - to myślenie i pewne
ludzkie funkcjonowanie, pragnie być widziane, bo jest ono w człowieku.
Bo jest człowiek. Bo jest.
piątek, 24 października 2014
Człowiek!, Jest niemożliwością by człowiek przyjął przykazania, wynikające z nich normy moralne, etyczne, by wziąć, przyjąć je za "swoje" jeśli je tylko usłyszy, jeśli to będzie wpisana w niego tylko zasadność konieczności przyjęcia ich jako nakazu. Bez rozumowania dlaczego!?, a przede wszystkim, jeśli ich nie pokocha!, jeśli nie dostrzeże w nich miłości i jedynego celu swojego życia, jeśli wręcz całości jaką jest człowiek nie podyktuje pod to, jako jedyny słuszny porządek istnienia- powołania. I gdy owy porządek zostaje ożywiony poprzez wole, pragnienie wówczas nie ma możliwości by było to oderwane od Stwórcy - Boga- Ducha Świętego, który to działa za przyzwoleniem za przyczyną tej naszej woli w Nas!, tak, że wszystko, co z pozoru ludzkie nie jest nasze, lecz skądinąd. Wówczas nasze serce, patrzenie, wzrok, dusza jest odbiciem Jezusa, naszego pięknego pierwowzoru istoty bożej. Wówczas w człowieku którego widzimy w nas jawi się dobro, piękno, prawda i tylko tu istnieje pokój. Tylko „tu” w tej rzeczywistości w wolności lgnie każde ludzkie serce, winno. Można pytać dlaczego tak się dzieje? - tylko pośród tego istnieje ogniskuje prawda o nas, dlatego tak bardzo ożywczością w nas są piękni ludzie, mający odwagę, rozważność, piękno spojrzenia, piękno życia, które winno pociągać, taka jest potrzeba każdego ludzkiego serca. I Jest to wielki trud. Istotnie jest to droga każdego.
Wiara czym jest?!. Wiara jest pewną drogą do Boga, dążeniem do niego!, tak, że łaską Boga a
moją decyzją postanawiam wejść na drogę wiary, tak, że sam Bóg zsyła mi całość tego, co wypełnia tą przestrzeń wiary. Gdybym miał od niej odstąpić, od tej konkretnie drogi do Boga,
ludzkie serce nie jest wstanie odstąpić od Boga samego, od jego
istnienia, tak jak i odstąpić się nie da od samego człowieczego żywota. Bowiem szukać ciągle w jakiś sposób będę, tak, że to wszystko gdzieś
budzi myśli, rodzi pewne przekonanie, że Bóg jest, co z kolei każe mi wejść na drogę wiary. Jeśli by złączyć tą całość w jedną przestrzeń to dostrzegamy drogę wiary na którą człowiek się decyduje i w niej to ogniskują się rzeczy, zdarzenia które dozwalają widzieć Boga - to one są treścią wiary jako drogi do
Niego samego, to okazuje się, iż to moje szukanie jest istotnie tym samym czym
jest wiara jako wybór drogi do Boga. Bądź jeszcze inaczej, to moje pragnące tęskniące serce, to wszystko
czym jestem, kim jestem, zyskuje miarę łagodności i prostoty, ukojenia na
drodze wyboru wiary. Tak jakby to sam Bóg mi mówił, iż wszystko jest nim!, wszystkim jest On. Ta droga poznania po co jest człowiek? - droga rozumu, droga poszukiwań własnych, jest przestrzenią daną człowiekowi od Boga. "Wszystko mówi o mnie, lecz tu będziesz najbliżej mnie". A ta najdalsza z dróg jest również szukaniem mnie.
czwartek, 23 października 2014
Istnieje zawieszone w próżni naszej świadomości, drzwiami nazywane
serce - rzeczywistość, której klucze stają się tak ludzko nieosiągalne. Wyciągnąłem przed siebie dłonie, słowa rozplywają sie jak słodkość. Zabierz mnie, całego mnie. Nigdy nie oddając mnie samemu sobie. Nie wiem, co z tym wszystkim zrobić. Z najmniejszą cząstką siebie. Czy ta dziwność, która mi czasami towarzyszy w jakkolwiek sposób może zbliżyć się do poczucia, współodczuwania bólu jaki za sprawa człowieka dotykał Ciebie, dotyka?. Zastanawiam się która z tych rozmaitości, które mi zsyłasz, uczuć, stanów, talentów, możliwości, chcesz bym zachował?. Która z nich jest
prawda do zachowania?.
Czyżby wszystko działo się z przypadku?, ostatnio byłem na
wykładzie "o przypadku". W każdym razie to, co
uznajemy za przypadek jest ciągłą możliwością, że może się
coś takiego przytrafić. To co jest - Ci wszyscy ludzie, jeśli by
kogoś poznać, wszyscy są możliwością wyboru. Oni wszyscy już
istnieją w moim własnym życiu, te rzeczywistości ciągle się z
sobą sprzężają, nie istnieją bez siebie. Przypadek jest każdą możliwością o jakiej myślisz dziś i jutro. Człowiek ma dwie tajemnice. Pierwsza, że może zmierzać, może
wędrować walczyć o szczyty, druga to taka że, nie jest to tak
łatwe i chyba w tym wszystkim czymś dobrym, najlepszym dla niego
jest to, iż w każdej chwili chwały i trudu, nie musi być sam,
nie jest, i nie chce!. Świat każe nam być silnymi ludźmi, tak się
zmieniał, że i kobiety muszą być silne,
niezależne!, silne kobiety!, znalezione w potrzasku. Świat każe wszystkim być silnymi, mężczyzna bez
słabości!, bez leku!, lecz, im bardziej słabi jesteśmy tym
bardziej ludzcy!. Czasami w płaczu dostrzec
możemy, z tego płaczu słabości myśleć można, jestem cały
człowiekiem. Człowiek jest wspaniały jest to prawdą, lecz co
się dzieje, gdy nam tej wspaniałości brakuje? i gdy nie
potrafimy!?. Nadal, wręcz bardziej jesteśmy sobą niż wówczas gdy przypadła
by nam wspaniałość! Chyba najpiękniej jawi się nam człowiek, gdy mówi, "ja
nie potrafię", bo tylko takiego bez warunkowo można pokochać!. Słuszne zdaje się to moje przekonanie, że największym
bogactwem człowieka jest dyscyplina jaką jest on sam, przemiany
jakie w nas zachodzą, one to stwarzają grunt pod wszystko inne. Zmiany zachodzą, wszystko to zachodzi we
wnętrzu.
sobota, 18 października 2014
Klucz. Idący ulicą starzec w dłoni trzymał coś niewielkiego, coś tak małego, że trudno zauważyć by miał cokolwiek. Upadł, tak że to, co trzymał w
dłoni upuścił.
Wstał i szybkim krokiem podniósł, znów niewidocznie skrył tym razem w
ustach. Musiał przytrzymać to w dolnej części żuchwy, do czasu aż minie
okolice- był uważny.
Minęła godzina. Wokół panowała cisza, wieczór był chłodny, szum liści,
wiatr i mrok nie sprawiały by staruszek miał odstąpić od tego, co
zamierzał zrobić. Wszystko było pewne, każdy krok czyniony był z jasno wymierzoną precyzją
chirurga, który za chwile ma pociąć świnie, zjadła bowiem z nieuwagi
upuszczoną przez młodą damę biżuterie, która warta była, co najmniej tyle,
co tuzin świń, krowa i dwa koguty. Nagle zaczął biec, choć było to nadto niespodziewane - widok chwiejącego
się staruszka, który usiłuje przyspieszyć kroku. Co dziwniejsze, robi to
mimo truchlejącego ciała, jest w stanie wykrzesać z siebie tyle
energii, co małe dziecko w pogoni za ostatnią chwilą zabawy. Schował się, skrył za drzewem, wszedł do środka. Był przepełniony
pewnością, że ktoś go obserwuje, ktoś obserwuje jego świat, jego
struchlałą posturę. W tej całości jedynie przypominał starca,
czy On naprawdę nim jest?. Przesiedział tak pół nocy, dopóki nie miał
pewności, że to co go obserwuje, coś co zna każdy jego krok, nie oddali
się. Słyszał szmery, dygające na drzewach liście i narastające poczucie,
że ktoś go obserwuje. Promienie słońca wpadające raz po raz do wnętrza drzewa obudziły go.
Wychylił lekko głowę i tylko wyszedł nieco się wycierając - jak mała
psina wychodząca z kąpieli, nie był psiną - lecz był tylko
nieco inny od całej tej reszty ludzi. Nagle poczuł, że coś dziwnego dzieje się z jego dłonią - nie był to ból. Z początku sądził, że to rana. Wertując kartami przeszłości wiedział, że
choćby lekkie ukłucie szpilki wprawia w ból. Wiedział, że jego
układ nerwowy funkcjonuje właściwie, choć nigdy nie bywał u lekarza
specjalisty; sam się za takiego uważał. Spojrzał jeszcze raz i domyślił się, że to co widzi, to wynik
trzymania tego niewielkiego przedmiotu. Nagle jego dłoń zaczęła świecić.
Spoglądając na nią zauważył -jakby patrzył przez dziurkę od klucza -
inny świat. Był przerażony. Zaczął trzeć dłonią o dłoń. Sądził, że to
tylko mu się śni, bądź postradał zmysły?, może zjadł nieświeży posiłek. Patrząc przez dziurkę od klucza, świat zaczął nagle niknąć z każdą
chwilą pocierania. Zupełnie jakby włożony klucz zamknął drogę, przez
którą wpadało światło do środka własnego świata. Po chwili wszystko
wróciło do normy. Od teraz już nic nie było takie samo, jak wcześniej. Co jest prawdą, a
co tylko iluzją w jego życiu? Kim jest On sam?. Tym bardziej dlaczego
ciągle czuje się obserwowany, jak by ktoś miał wgląd w to wszystko, co
mu się wydarza. Gdyby tak było, czy ten ktoś miałby mu sprzyjać czy
wręcz przeciwnie pozbawiać nadziei?.
Od tej chwili wszystko, co widział, co usłyszał, każdemu poczuciu nie do końca dawał wiary.
Z każdą chwilą czuł, że to wszystko może być tylko próbą - nawet na to
pytanie nie znajdywał odpowiedzi. Domysły i zamknięcie we własnych
myślach… Czyżby mogły mu dać jakąkolwiek odpowiedź?. Wszystko, co mu się przytrafiało w tym świecie było nadto prawdziwe.
Ból był bólem, strach strachem, a to co miał czasami na głowie, był to tylko łupież - jego własny, tak jak wszystko wokół. Od teraz zaczął dziwnie i podejrzliwie patrzeć na ludzi, tak że gdy ujrzał...
Szła pewnego dnia ulicą mała dziewczynka. W dłoni trzymała cukierek i
krzyczała, że zniknął jej nagle w ustach, a powinien nadal w nich być!. Pomyślał: "To musi być znak. Przecież cukierki od tak nie znikają". Pobiegł trzy przecznice dalej, wspiął się na drzewo i z wysokości
siedmiu metrów czekał, aż dziewczynka przejdzie, aby ją zobaczyć. Promienie słońca powoli, lecz skrupulatnie - centymetr po centymetrze zaczęły barwić jego skórę. Wisząc, nie w myśl mu było by czynić to,
co słyszał z opowieści - w tamtym czasie dalekie ludziom było
przypiekanie sobie ciał promieniami - a może to On sam był na tyle
staroświecki?. Dziewczynki jak nie było, tak nie ma. Zszedł więc i w pobliżu alejki numer
12 zauważył leżącą plastikową rurkę do której przyklejony był owad.
Podniósł rurkę, schował do foliowego woreczka w swojej lewej kieszeni.
Trzymał w niej niewielki przedmiot, który zrobił mu z ręki niby
latarnię, dziurkę na klucz, przez który widział niestworzone rzeczy. Stał wpatrzony przez chwile w to wszystko, co go otacza mając
nadzieję, że widok idącej przed chwilą dziewczynki nie był wytworem jego
podświadomości. Zaczynał wątpić, czy to wszystko mu się tylko wydaje,
czy jest to skrywana pod pozorami tajemnica innej rzeczywistości?, którą
jak szaleniec musi odgadnąć?. Musiał to wszystko jeszcze raz przemyśleć. Poszedł więc do swej komórki -
nieco zwichrowanego od zeszłorocznej wichury domu - by tam odpocząć. Wyjął z kieszeni ten sam przedmiot od którego zrodziła się w jego
umyśle wątpliwość – „O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi”? - skrył
go w najbardziej tajemniczym miejscu domu. Rok temu bowiem wichura sprawiła, iż wykopał czternastokilometrowy dół w
piwnicy, by tam skryć się na wypadek gdyby możliwe było zagrożenie
życia. W schowku ukrył tajemniczy przedmiot, a z nim to, co pozostało mu
po idącej przez park dziewczynce - woń malin, unosił się wokół. Dłonie
mu się kleiły, po czym poszedł je zmyć, wcześniej nie mogąc się oprzeć
słodkości malin, bynajmniej smaku, a w cale nie lubił cukru. Zapadła noc. Godzina 6:40. Promienie wpadające przez okno zaczęły malować kształty
na jego ścianie, później na twarzy, aż dotarły do oczu. Nie mogąc, a
raczej nie mając ochoty wstać, zasłonił okno, po czym nagle promienie
zaczęły wędrować tak, że znów skierowały swój wzrok ku niemu. Szybko
rozsunął materiał, głowę wychylając przez okno. Wyszedł z domu. Zrobił
kilka metrów, po czym lecący ptak zostawił mu na głowie nieprzyjemną
woń."Tak, to dobry początek na rozpoczęcie tego zakichanego dnia" - rzekł. Rozmazał je po głowie, mając pewność, że to nie przypadek, choć zapach
odchodów ptaka - jak się okazało - już wcale nie należał do przypadku. Wrócił do swojej małej komórki. Musiał bowiem zmyć z siebie ten
nieprzyjemny zapach. Już wtedy zauważył, że coś kierowało tym wszystkim,
co go otacza i tym, co nadaje mu czas i miejsce. Pomyślał: „Dziś sprawdzę swoje ograniczenia, bowiem jeśli wszystko tu
ma pewien kształt, który zależny jest od czegoś więcej niż dotąd
rozumiana rzeczywistość, to może i on nie do końca jest tylko starcem?.
"Ej, Ty!!!, Tak do Ciebie mówię, do Ciebie który mnie teraz słyszysz. O co Ci chodzi?, powiedz mi to teraz, albo odczep się"! Zaczął nieprzerwanie biec przed siebie. Tak mijały godziny, a staruszek
spostrzegł, teraz był pewny, że tu wszystko jest czymś innym, że
staruszek nie jest starcem, mimo iż nim jest. Dwuznaczność ta
doprowadziła by go do szaleństwa, gdyby nie to, że mógł - mimo tego
starczego wieku - wykrzesać z siebie tyle sił, co więcej, nie widzieć
śladu zmęczenia.Zostało mu zatem to, by zbadać wszystko, co dotąd budziło jego ciekawość, a czego w żaden sposób na tyle nie pragnął zgłębić. Po raz pierwszy - odkąd sięgał pamięcią - pozbawił się sterczącej,
długiej brody, jakby była od zawsze częścią jego ciała, podobnie jak
ręka czy nos:"Aaa psik..." – kichnął. "Czyżby to był pierwszy raz?" - pomyślał. Nagle spoglądając w lustro, spostrzegł coś niewiarygodnego, po czym zemdlał. Wstał, spojrzał jeszcze raz i znów zemdlał. Nieprzerwanie mdlał, po
czym przestał. Jego twarz zupełnie się zmieniła. - "kim jestem"? –
zapytał.
Nie miał żadnej zmarszczki. Głowa była teraz pokryta czarnym jak śmierć
włosem. Nagle stał się młodszy, a po staruszku już nic nie zostało, poza
niewątpliwie pamięcią, iż nim był.
Siadł zamyślony: -"O co tutaj do cholery chodzi"? Jedynie posłużył się
pewnym określeniem, które - jak sądził - było najodpowiedniejsze w tej
chwili. Nie czekając ani chwili, zszedł do piwnicy, by jeszcze raz spojrzeć
na przedmiot, który musiał być z tym wszystkim jakoś związany.
Wziął go do swej prawej ręki i przesunął po ziemi. W tym samym momencie
zauważył, iż linia zrobiona przez ten dziwny przedmiot zaczyna świecić,
tak jakby się coś za nią kryło, co wcześniej dostrzegł na swojej dłoni. Zakreślając figurę, nagle znów zaczął widzieć - jakby przez dziurkę od klucza - pewną nieznajomą, tajemniczą przestrzeń. Przerażenie ustąpiło na rzecz ciekawości. Wiedział też, że musi to zrobić, zaryzykować -zemdlał."Gdzie jestem"? - to słowo nie schodziło z jego ust. Przedmiot zniknął,
wokół niego było pełno zieleni, dźwięków, których wcześniej nie słyszał,
wielkich drzew. Panował półmrok, powietrze sprawiało, że osoba nim przepełniona czuła,
że żyje - było dostatecznie ciepłe, by skóra mogła nie zmieniać
kształtu. Jednocześnie panowała wilgotność, rześkość, która nadawała wszystkiemu pewności, że to nie ułuda, zwłaszcza jemu. Począł iść, dotykać, czuć, wąchać, nadając prawdziwości wszystkiemu. Jego oddech się pogłębił.
Twarz, oczy, głowę całą jej zrosiło. Tak było dziś, wczoraj. Pytała
dlaczego lecą i lądują tuż nad jej głową?- Nie ze złości, mogła się nie
złościć, nie robiła tego. Dlaczego polubiła deszcz? - kap, kap, kap. Chodziła każdego ranka brzegiem morza, pozostawiała ślady stup, kładła się na ziemi, oddychała. CDN.