piątek, 31 października 2014

Dźwięki

Litery zmieniające się w zdania, kilkanaście, kilkadziesiąt zdań bez końca, sterta stron i książek. Wchodzę i widzę strony ponumerowane, podkreślone, zagięte w które włożone są liście, zakładki. Przechodzę dwa metry dalej, siadam i widzę najgrubszą z nich, gdzieś środek miedzy 378 a 500- ną. Tytuł "Wczoraj". Słuchałem francuską piosenkę, miałem słuchawki prawą i lewą.
Skierowane były do środka, wszystko było do środka, było miło w środku- nie na zewnątrz, bo jak na zewnątrz? To "miło" było tylko moje, nie wychodziło na zewnątrz, nie obejmowało nikogo prócz mnie. Nie objąłem przez to żadnej kobiety. Wyjąłem lewe ucho, by być w środku, nie na zewnątrz. Wreszcie przestałem. Patrzyłem tylko. Wszedłem do autobusu ośmiu kółek i zobaczyłem te strony z liczbami. Spotykam żywe książki, żywe dźwięki, żywych milczących ludzi.










środa, 29 października 2014

Nie określanie rzeczywistości to dobry pomysł. Rzeczywistość niech będzie to przestrzeń bez końca, bryła otwarta. Rzeczy, które każe sobie czynić człowiek wynikają z podświadomego ponaglenia, są potrzebą. Według nich postępuje człowiek. Całość pytań, myśli samego życia i bycia, tego, że jestem, że jestem - To czyni, iż ujście tego może przybierać formy, które można usłyszeć, zobaczyć. 
Świat wewnętrzny - to myślenie i pewne ludzkie funkcjonowanie, pragnie być widziane, bo jest ono w człowieku. Bo jest człowiek. Bo jest.



piątek, 24 października 2014

Człowiek!, Jest niemożliwością by człowiek przyjął przykazania, wynikające z nich normy moralne,
etyczne, by wziąć, przyjąć je za "swoje" jeśli je tylko usłyszy, jeśli to będzie wpisana w niego
tylko zasadność konieczności przyjęcia ich jako nakazu.
Bez rozumowania dlaczego!?, a przede wszystkim, jeśli ich nie pokocha!, jeśli nie dostrzeże w
nich miłości i jedynego celu swojego życia, jeśli wręcz całości jaką jest człowiek nie
podyktuje pod to, jako jedyny słuszny porządek istnienia- powołania.
I gdy owy porządek zostaje ożywiony poprzez wole, pragnienie wówczas nie ma możliwości
by było to oderwane od Stwórcy - Boga- Ducha Świętego, który to działa za przyzwoleniem
za przyczyną tej naszej woli w Nas!, tak, że wszystko, co z pozoru ludzkie nie jest nasze, lecz skądinąd. Wówczas nasze serce, patrzenie, wzrok, dusza jest odbiciem Jezusa, naszego
pięknego pierwowzoru istoty bożej. Wówczas w człowieku którego widzimy w nas jawi się dobro, piękno, prawda i tylko tu istnieje pokój. Tylko „tu” w tej rzeczywistości w wolności lgnie każde ludzkie serce, winno. Można pytać dlaczego tak się dzieje? - tylko pośród tego istnieje ogniskuje prawda o nas, dlatego tak bardzo ożywczością w nas są piękni ludzie, mający odwagę, rozważność, piękno spojrzenia, piękno życia, które winno pociągać, taka jest potrzeba każdego ludzkiego serca. I Jest to wielki trud. Istotnie jest to droga każdego.


Wiara czym jest?!. Wiara jest pewną drogą do Boga, dążeniem do niego!, tak, że łaską Boga a moją decyzją postanawiam wejść na drogę wiary, tak, że sam Bóg zsyła mi całość tego, co wypełnia tą przestrzeń wiary. Gdybym miał od niej odstąpić, od tej konkretnie drogi do Boga, ludzkie serce nie jest wstanie odstąpić od Boga samego, od jego istnienia, tak jak i odstąpić się nie da od samego człowieczego żywota. Bowiem szukać ciągle w jakiś sposób będę, tak, że to wszystko gdzieś budzi myśli, rodzi pewne przekonanie, że Bóg jest, co z kolei każe mi wejść na drogę wiary.
Jeśli by złączyć tą całość w jedną przestrzeń to dostrzegamy drogę wiary na którą człowiek się decyduje i w niej to ogniskują się rzeczy, zdarzenia które dozwalają widzieć Boga - to one są treścią wiary jako drogi do Niego samego, to okazuje się, iż to moje szukanie jest istotnie tym samym czym jest wiara jako wybór drogi do Boga. Bądź jeszcze inaczej, to moje pragnące tęskniące serce, to wszystko czym jestem, kim jestem, zyskuje miarę łagodności i prostoty, ukojenia na drodze wyboru wiary. Tak jakby to sam Bóg mi mówił, iż wszystko jest nim!, wszystkim jest On. Ta droga poznania po co jest człowiek? - droga rozumu, droga poszukiwań własnych, jest przestrzenią daną człowiekowi od Boga. "Wszystko mówi o mnie, lecz tu będziesz najbliżej mnie". A ta najdalsza z dróg jest również szukaniem mnie.


czwartek, 23 października 2014

Istnieje zawieszone w próżni naszej świadomości, drzwiami nazywane serce - rzeczywistość, której klucze stają się tak ludzko nieosiągalne. Wyciągnąłem przed siebie dłonie, słowa rozplywają sie jak słodkość. Zabierz mnie, całego mnie. Nigdy nie oddając mnie samemu sobie. Nie wiem, co z tym wszystkim zrobić. Z najmniejszą cząstką siebie. Czy ta dziwność, która mi czasami towarzyszy w jakkolwiek sposób może zbliżyć się do poczucia, współodczuwania bólu jaki za sprawa człowieka dotykał Ciebie, dotyka?. Zastanawiam się która z tych rozmaitości, które mi zsyłasz, uczuć, stanów, talentów, możliwości, chcesz bym zachował?. Która z nich jest prawda do zachowania?.


 


Czyżby wszystko działo się z przypadku?, ostatnio byłem na wykładzie "o przypadku".
W każdym razie to, co uznajemy za przypadek jest ciągłą możliwością, że może się coś takiego przytrafić.
To co jest - Ci wszyscy ludzie, jeśli by kogoś poznać, wszyscy są możliwością wyboru. Oni wszyscy już istnieją w moim własnym życiu, te rzeczywistości ciągle się z sobą sprzężają, nie istnieją bez siebie. Przypadek jest każdą możliwością o jakiej myślisz dziś i jutro.
Człowiek ma dwie tajemnice. Pierwsza, że może zmierzać, może wędrować walczyć o szczyty, druga to taka że, nie jest to tak łatwe i chyba w tym wszystkim czymś dobrym, najlepszym dla niego jest to, iż w każdej chwili chwały i trudu, nie musi być sam, nie jest, i nie chce!.
 Świat każe nam być silnymi ludźmi, tak się zmieniał, że i kobiety muszą być silne, niezależne!, silne kobiety!, znalezione w potrzasku. Świat każe wszystkim być silnymi, mężczyzna bez słabości!, bez leku!, lecz, im bardziej słabi jesteśmy tym bardziej ludzcy!. Czasami w płaczu dostrzec możemy, z tego płaczu słabości myśleć można, jestem cały człowiekiem. Człowiek jest wspaniały jest to prawdą, lecz co się dzieje, gdy nam tej wspaniałości brakuje? i gdy nie potrafimy!?. Nadal, wręcz bardziej jesteśmy sobą niż wówczas gdy przypadła by nam wspaniałość! Chyba najpiękniej jawi się nam człowiek, gdy mówi, "ja nie potrafię", bo tylko takiego bez warunkowo można pokochać!. Słuszne zdaje się to moje przekonanie, że największym bogactwem człowieka jest dyscyplina jaką jest on sam, przemiany jakie w nas zachodzą, one to stwarzają grunt pod wszystko inne. Zmiany zachodzą, wszystko to zachodzi  we wnętrzu.

 

sobota, 18 października 2014

Klucz. Idący ulicą starzec w dłoni trzymał coś niewielkiego, coś tak małego, że trudno zauważyć by miał cokolwiek. Upadł, tak że to, co trzymał w dłoni upuścił.
Wstał i szybkim krokiem podniósł, znów niewidocznie skrył tym razem w ustach. Musiał przytrzymać to w dolnej części żuchwy, do czasu aż minie okolice- był uważny.
Minęła godzina. Wokół panowała cisza, wieczór był chłodny, szum liści, wiatr i mrok nie sprawiały by staruszek miał odstąpić od tego, co zamierzał zrobić. Wszystko było pewne, każdy krok czyniony był z jasno wymierzoną precyzją chirurga, który za chwile ma pociąć świnie, zjadła bowiem z nieuwagi upuszczoną przez młodą damę biżuterie, która warta była, co najmniej tyle, co tuzin świń, krowa i dwa koguty. Nagle zaczął biec, choć było to nadto niespodziewane - widok chwiejącego się staruszka, który usiłuje przyspieszyć kroku. Co dziwniejsze, robi to mimo truchlejącego ciała, jest w stanie wykrzesać z siebie tyle energii, co małe dziecko w pogoni za ostatnią chwilą zabawy.

Schował się, skrył za drzewem, wszedł do środka. Był przepełniony pewnością, że ktoś go obserwuje, ktoś obserwuje jego świat, jego struchlałą posturę. W tej całości jedynie przypominał starca, czy On naprawdę nim jest?. Przesiedział tak pół nocy, dopóki nie miał pewności, że to co go obserwuje, coś co zna każdy jego krok, nie oddali się. Słyszał szmery, dygające na drzewach liście i narastające poczucie, że ktoś go obserwuje. Promienie słońca wpadające raz po raz do wnętrza drzewa obudziły go. Wychylił lekko głowę i tylko wyszedł nieco się wycierając - jak mała psina wychodząca z kąpieli, nie był psiną - lecz był tylko nieco inny od całej tej reszty ludzi. Nagle poczuł, że coś dziwnego dzieje się z jego dłonią - nie był to ból. Z początku sądził, że to rana. Wertując kartami przeszłości wiedział, że choćby lekkie ukłucie szpilki wprawia w ból. Wiedział, że jego układ nerwowy funkcjonuje właściwie, choć nigdy nie bywał u lekarza specjalisty; sam się za takiego uważał.
Spojrzał jeszcze raz i domyślił się, że to co widzi, to wynik trzymania tego niewielkiego przedmiotu. Nagle jego dłoń zaczęła świecić. Spoglądając na nią zauważył -jakby patrzył przez dziurkę od klucza - inny świat. Był przerażony. Zaczął trzeć dłonią o dłoń. Sądził, że to tylko mu się śni, bądź postradał zmysły?, może zjadł nieświeży posiłek. Patrząc przez dziurkę od klucza, świat zaczął nagle niknąć z każdą chwilą pocierania. Zupełnie jakby włożony klucz zamknął drogę, przez którą wpadało światło do środka własnego świata. Po chwili wszystko wróciło do normy. Od teraz już nic nie było takie samo, jak wcześniej. Co jest prawdą, a co tylko iluzją w jego życiu? Kim jest On sam?. Tym bardziej dlaczego ciągle czuje się obserwowany, jak by ktoś miał wgląd w to wszystko, co mu się wydarza. Gdyby tak było, czy ten ktoś miałby mu sprzyjać czy wręcz przeciwnie pozbawiać nadziei?.
Od tej chwili wszystko, co widział, co usłyszał, każdemu poczuciu nie do końca dawał wiary.
Z każdą chwilą czuł, że to wszystko może być tylko próbą - nawet na to pytanie nie znajdywał odpowiedzi. Domysły i zamknięcie we własnych myślach… Czyżby mogły mu dać jakąkolwiek odpowiedź?. Wszystko, co mu się przytrafiało w tym świecie było nadto prawdziwe.

Ból był bólem, strach strachem, a to co miał czasami na głowie, był to tylko łupież - jego własny, tak jak wszystko wokół. Od teraz zaczął dziwnie i podejrzliwie patrzeć na ludzi, tak że gdy ujrzał...
Szła pewnego dnia ulicą mała dziewczynka. W dłoni trzymała cukierek i krzyczała, że zniknął jej nagle w ustach, a powinien nadal w nich być!. Pomyślał: "To musi być znak. Przecież cukierki od tak nie znikają". Pobiegł trzy przecznice dalej, wspiął się na drzewo i z wysokości siedmiu metrów czekał, aż dziewczynka przejdzie, aby ją zobaczyć. Promienie słońca powoli, lecz skrupulatnie - centymetr po centymetrze zaczęły barwić jego skórę. Wisząc, nie w myśl mu było by czynić to, co słyszał z opowieści - w tamtym czasie dalekie ludziom było przypiekanie sobie ciał promieniami - a może to On sam był na tyle staroświecki?.
Dziewczynki jak nie było, tak nie ma. Zszedł więc i w pobliżu alejki numer 12 zauważył leżącą plastikową rurkę do której przyklejony był owad.
Podniósł rurkę, schował do foliowego woreczka w swojej lewej kieszeni. Trzymał w niej niewielki przedmiot, który zrobił mu z ręki niby latarnię, dziurkę na klucz, przez który widział niestworzone rzeczy. Stał wpatrzony przez chwile w to wszystko, co go otacza mając nadzieję, że widok idącej przed chwilą dziewczynki nie był wytworem jego podświadomości. Zaczynał wątpić, czy to wszystko mu się tylko wydaje, czy jest to skrywana pod pozorami tajemnica innej rzeczywistości?, którą jak szaleniec musi odgadnąć?. Musiał to wszystko jeszcze raz przemyśleć. Poszedł więc do swej komórki - nieco zwichrowanego od zeszłorocznej wichury domu - by tam odpocząć. Wyjął z kieszeni ten sam przedmiot od którego zrodziła się w jego umyśle wątpliwość – „O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi”? - skrył go w najbardziej tajemniczym miejscu domu. Rok temu bowiem wichura sprawiła, iż wykopał czternastokilometrowy dół w piwnicy, by tam skryć się na wypadek gdyby możliwe było zagrożenie życia. W schowku ukrył tajemniczy przedmiot, a z nim to, co pozostało mu po idącej przez park dziewczynce - woń malin, unosił się wokół. Dłonie mu się kleiły, po czym poszedł je zmyć, wcześniej nie mogąc się oprzeć słodkości malin, bynajmniej smaku, a w cale nie lubił cukru. Zapadła noc. Godzina 6:40. Promienie wpadające przez okno zaczęły malować kształty na jego ścianie, później na twarzy, aż dotarły do oczu. Nie mogąc, a raczej nie mając ochoty wstać, zasłonił okno, po czym nagle promienie zaczęły wędrować tak, że znów skierowały swój wzrok ku niemu. Szybko rozsunął materiał, głowę wychylając przez okno. Wyszedł z domu. Zrobił kilka metrów, po czym lecący ptak zostawił mu na głowie nieprzyjemną woń."Tak, to dobry początek na rozpoczęcie tego zakichanego dnia" - rzekł. Rozmazał je po głowie, mając pewność, że to nie przypadek, choć zapach odchodów ptaka - jak się okazało - już wcale nie należał do przypadku.
Wrócił do swojej małej komórki. Musiał bowiem zmyć z siebie ten nieprzyjemny zapach. Już wtedy zauważył, że coś kierowało tym wszystkim, co go otacza i tym, co nadaje mu czas i miejsce. Pomyślał: „Dziś sprawdzę swoje ograniczenia, bowiem jeśli wszystko tu ma pewien kształt, który zależny jest od czegoś więcej niż dotąd rozumiana rzeczywistość, to może i on nie do końca jest tylko starcem?.
"Ej, Ty!!!, Tak do Ciebie mówię, do Ciebie który mnie teraz słyszysz. O co Ci chodzi?, powiedz mi to teraz, albo odczep się"! Zaczął nieprzerwanie biec przed siebie. Tak mijały godziny, a staruszek spostrzegł, teraz był pewny, że tu wszystko jest czymś innym, że staruszek nie jest starcem, mimo iż nim jest. Dwuznaczność ta doprowadziła by go do szaleństwa, gdyby nie to, że mógł - mimo tego starczego wieku - wykrzesać z siebie tyle sił, co więcej, nie widzieć śladu zmęczenia. Zostało mu zatem to, by zbadać wszystko, co dotąd budziło jego ciekawość, a czego w żaden sposób na tyle nie pragnął zgłębić. Po raz pierwszy - odkąd sięgał pamięcią - pozbawił się sterczącej, długiej brody, jakby była od zawsze częścią jego ciała, podobnie jak ręka czy nos:"Aaa psik..." – kichnął. "Czyżby to był pierwszy raz?" - pomyślał. Nagle spoglądając w lustro, spostrzegł coś niewiarygodnego, po czym zemdlał. Wstał, spojrzał jeszcze raz i znów zemdlał. Nieprzerwanie mdlał, po czym przestał. Jego twarz zupełnie się zmieniła. - "kim jestem"? – zapytał.
Nie miał żadnej zmarszczki. Głowa była teraz pokryta czarnym jak śmierć włosem. Nagle stał się młodszy, a po staruszku już nic nie zostało, poza niewątpliwie pamięcią, iż nim był.
Siadł zamyślony: -"O co tutaj do cholery chodzi"? Jedynie posłużył się pewnym określeniem, które - jak sądził - było najodpowiedniejsze w tej chwili. Nie czekając ani chwili, zszedł do piwnicy, by jeszcze raz spojrzeć na przedmiot, który musiał być z tym wszystkim jakoś związany.

Wziął go do swej prawej ręki i przesunął po ziemi. W tym samym momencie zauważył, iż linia zrobiona przez ten dziwny przedmiot zaczyna świecić, tak jakby się coś za nią kryło, co wcześniej dostrzegł na swojej dłoni. Zakreślając figurę, nagle znów zaczął widzieć - jakby przez dziurkę od klucza - pewną nieznajomą, tajemniczą przestrzeń. Przerażenie ustąpiło na rzecz ciekawości. Wiedział też, że musi to zrobić, zaryzykować -zemdlał."Gdzie jestem"? - to słowo nie schodziło z jego ust. Przedmiot zniknął, wokół niego było pełno zieleni, dźwięków, których wcześniej nie słyszał, wielkich drzew. Panował półmrok, powietrze sprawiało, że osoba nim przepełniona czuła, że żyje - było dostatecznie ciepłe, by skóra mogła nie zmieniać kształtu. Jednocześnie panowała wilgotność, rześkość, która nadawała wszystkiemu pewności, że to nie ułuda, zwłaszcza jemu. Począł iść, dotykać, czuć, wąchać, nadając prawdziwości wszystkiemu. Jego oddech się pogłębił. 

      Twarz, oczy, głowę całą jej zrosiło. Tak było dziś, wczoraj. Pytała dlaczego lecą i lądują tuż nad jej głową?- Nie ze złości, mogła się nie złościć, nie robiła tego. Dlaczego polubiła deszcz? - kap, kap, kap. Chodziła każdego ranka brzegiem morza, pozostawiała ślady stup, kładła się na ziemi, oddychała.
CDN.